Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podróżnicze ABC. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Podróżnicze ABC. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 grudnia 2025

Zapraszamy na Majorkę - wakacje 2025 r

Kilka najbliższych postów poświęconych będzie tegorocznym wakacjom - będzie to relacja z pobytu na Majorce. Czerwiec i lipiec tego roku dostarczył naszej najbliższej rodzinie wiele emocji - potrzebowaliśmy więc typowej odskoczni, a w tej roli zawsze doskonale sprawdza się słońce i tzw. "nicnierobienie". Były to wakacje "all inclusive" zorganizowane samodzielnie, a co za tym idzie - nieco taniej niż oferują to biura podróży.

Grupa: Mysza i Radek (naprawdę nie pamiętam, kiedy na wakacjach byliśmy tylko we dwoje - o ile w ogóle takie były - oczywiście nie licząc weekendów w górach i citybreak'ów)

Termin: sobota 2 sierpnia 2025 r. 17:05-20:15 - sobota 9 sierpnia 2025 r. 21:05-00:10

Lot: Ryanair Warszawa Modlin-Palma de Mallorca

Bagaż: na każdego z nas mały podręczny plecak i walizka rejestrowana 20 kg (wspólna na dwie osoby) 

Transfer: Shuttle Direct

Hotel: BJ PlayaMar w S'illot

Rezerwacji hotelu dokonałam na przypadkowo znalezionym portalu Destinia. Kiedy zdecydowałam się na ten konkretny hotel szukałam po prostu strony z najniższą ceną. I tak oto trafiłam na stronę Destinia. Jest to międzynarodowy portal turystyczny, który specjalizuje się w rezerwacjach hoteli, lotów, wycieczek i innych usług podróżniczych. Działa od wielu lat i obsługuje użytkowników w różnych językach (także w języku polskim), oferując szeroki wybór miejsc noclegowych oraz konkurencyjne ceny. Platforma cieszy się dobrą opinią, którą zresztą sama mogę potwierdzić. W momencie rezerwacji następuje zapłata kartą kredytową 5% wartości usługi, reszta zaś pobierana jest z karty kredytowej na 21 dni przed przyjazdem. Mieliśmy możliwość zupełnie bezpłatnego odwołania rezerwacji, aż do 7 dni przed wylotem. To bardzo korzystne warunki, choć te mogą się różnić w zależności od hotelu. 

Lotnisko Palma de Mallorca jest całkiem spore i aby dostać się do taśm bagażowych trzeba pokonać dobre kilkaset metrów. Po odebraniu bagaży kierujemy się w stronę wyjścia 07, przy którym usytuowane jest biuro obsługi transferów. Instrukcję, gdzie mamy się udać mieliśmy - jak zwykle - na voucherze Shuttle Direct. Z usług tej firmy korzystaliśmy już dwukrotnie na Krecie. To sieć działająca na wielu trasach międzynarodowych - często jako agencja korzystająca z usług miejscowych przewoźników. W przypadku Majorki usługodawcą przejazdów zbiorowych jest Transunion.
Tuż obok stanowiska informacyjnego, gdzie daje się swój voucher znajduje się tablica, na której wyświetlane jest miejsce i godzina odjazdu konkretnej linii transferowej (u nas był to nr 515). Fakt, trzeba było swoje odczekać i do hotelu dotarliśmy dopiero na godzinę 23:30.

środa, 8 października 2025

Wyprawa na Ararat - dzień 2 i 3 akcji górskiej


Wtorek 2 września 2025 roku
to dzień aklimatyzacyjny. W obozie pierwszym rozgościliśmy się już na dobre, choć noc nie była wcale łatwa. Mój współlokator - osobisty małżonek nie spał wcale, ja zdrzemnęłam się zaledwie na 4 godziny. Musimy przyzwyczaić się do wysokości, choć Radek już wspomina o towarzyszącym mu bólu gardła i głowy. Na ratunek wjeżdża aspiryna. Jak aklimatyzacja - to na całego!
W blasku wschodzącego słońca obóz wygląda jak z obrazka. 
Zaraz po śniadaniu rozpoczynamy wędrówkę do Campu 2. Każdy z nas otrzymuje lunchbox: banana, batona, ciastko i soczek w kartoniku. Nie ma też problemu z wodą do napełnienia camelbaków - dostępna jest bezpłatnie. Wycieczka nie jest daleka - w dwie strony to będzie niespełna 5 km, za to przewyższenie już da nam znać o sobie.
Camp 1 - 3352 m npm  
Camp 2 - 4096 m npm 
Przewyższenie: 744 m 

Z każdym krokiem ścieżka zmienia się.
Teren staje się coraz surowszy – trawy znikają, a w ich miejsce pojawiają się kamienie i głazy. Na szczęście jest w miarę ciepło - spokojnie wystarczają bluzka z krótkim rękawkiem i krótkie spodenki.
Podczas wędrówki lider Wojtek trzyma się połowy grupy. Idziemy różnym tempem, raczej powoli - część grupy prowadzi Ali, reszta idzie z Wojtkiem, a na końcu za jedną z uczestniczek podąża Ramazan. 
Ja z przewodnikiem Ramazanem
 
Po drodze zatrzymujemy się na przerwę w "sklepie z pamiątkami". 
 
Musicie przyznać, że osobliwe to miejsce...takie Krupówki na wysokości 3700 m npm :)
 
 Przyjemnie będzie zapoznać się z Campem 2, który wciąż był w zasięgu naszego wzroku.  
Kiedy około 12:30 doszliśmy na miejsce był czas na odpoczynek 
  
i toaletę. Aż strach pomyśleć jak dostanę się do niej w środku nocy.  
Ponadto udostępniono nam messę, gdzie mogliśmy napić się gorących napoi i tradycyjnie już skosztować owoców i przekąsek. Mieliśmy też okazję zapoznać się z zawartością agencyjnej apteczki. 
Podręczna apteczka lidera agencji 4challenge
Wrzucam Wam tutaj jej zdjęcie, bo jest to doskonała podpowiedź do wyposażenia własnych apteczek. Oprócz tego warto mieć własną folię NRC. To cienka złoto-srebrna folia polipropylenowa, nazywana też kocem ratunkowym, która służy do izolacji termicznej, chroniąc organizm zarówno przed wychłodzeniem, jak i przegrzaniem. Dzięki małym rozmiarom i niskiej wadze jest nieodzownym towarzyszem wszystkich naszych wędrówek, czy biegów terenowych.
Z obozu drugiego doskonale widać Mały Ararat 3937 m npm,

podczas kiedy jego większy brat Ararat Wielki nie jest prawie dostrzegalny (to ten pokryty lodowcem fragment, z którego wyłaniają się chmury).

Mały Ararat ukazuje się na południowym wschodzie jako niemal perfekcyjny stożek, a przez swoją symetrię przypomina klasyczny wulkan znany z podręczników geografii. 
W oddali widać doliny i suche równiny Iranu. Pozostawiamy ten widok za sobą i po około godzinnym pobycie w obozie drugim wracamy do obozu pierwszego. Jeszcze przed kolacją przygotowujemy sobie bagaże. Znowu zostawimy depozyt w obozie pierwszym (warto mieć ze sobą worek lub zapasową cienką torbę, w której spakujecie rzeczy niepotrzebne na atak szczytowy - ja korzystam z worków depozytowych z biegów, jednak alternatywą są zwykłe worki na śmieci). 

Środa 3 września 2025 roku
to dzień w którym przenosimy się do Campu 2. Szlak jest nam już znany, więc zaopatrzeni w lunchboxy i odpowiednią ilość wody z elektrolitami wyruszamy na trekking. Ponownie przypominam o nawodnieniu, które w górach wysokich odgrywa niebagatelne znaczenie. Pić wodę należy litrami, i to jeszcze przed rozpoczęciem wyprawy. U mnie limit dzienny wynosił około 4 litrów.
Kilka minut po godzinie 9:00 opuszczamy obóz pierwszy.
Po nocnym deszczu i wietrze powietrze staje się znacznie chłodniejsze i dziś przydadzą się bluzy. Razem z nami do obozu wysokiego przenosi się także obozowa kuchnia z całym wyposażeniem i artykułami spożywczymi.
Na grzbiecie koni przewożone jest dosłownie wszystko - nawet jajka.
Sam trekking zajmuje nam 3 i pół godziny i w Campie 2 jesteśmy o 12:30 - będzie więc sporo czasu na odpoczynek. 
Foto: Ania
Na dzień dobry lądujemy na kawce w mesie, która za chwilę stanie się obozową kuchnią. Po godzinie jesteśmy poproszeni, aby rozejść się do namiotów, gdyż tutaj będzie przygotowywana nasza kolacja.
Foto: Ania
Kucharz powoli rozstawia garnki i kuchnię, a my rozchodzimy się do namiotów. 
Tym razem dzielimy się na dwie grupy 9 osobowe. 
Foto: Ania
Namioty są wieloosobowe i wyposażone w cienkie materace lub karimaty. Nie ma potrzeby używania własnych materacy. 
Trzeba się dobrze zorganizować i skrupulatnie przygotować strój i plecaki na atak szczytowy. 
Cel naszego trekkingu schował się zupełnie za chmurami. 
W dniu ataku szczytowego o kąpieli nie będzie mowy :) Nasza obozowa toaleta wyposażona jest w papier toaletowy, a nawet w mokre chusteczki.
Na kolację stawiamy się o godzinie 17:00. A tak wygląda drugie danie serwowane na ponad 4000 m npm. 
Podczas posiłku w kuchni zostawiamy termosy, w celu napełnienia ich wrzątkiem lub herbatą. Na wieczornej odprawie, podczas kolacji, lider przedstawia nam plan ataku szczytowego. Zapadają też niestety pierwsze trudne decyzje. Już wiemy, że nie każdy z nas weźmie udział w ataku szczytowym. Organizmu nie da się oszukać, szczególnie na tej wysokości. Grupa jest liczna, a przewodników tylko dwóch - musimy iść równym tempem, ale nie za wolno.
Trzeba pogodzić się z losem i głęboko "oddychać górą". Wszak już wysokość obozu drugiego 4096 m npm jest imponująca. 
Z bezsilności co poniektórzy mają w głowie plan B: 
"Zrobię koronę Malediwów". 
Niestety, nie wszystkim jest do śmiechu...

Po kolacji, w namiotach zapanowała niemal nabożna cisza. Każdy z nas wiedział, że czeka nas nocne wyjście i atak szczytowy. Zegar tykał powoli, a ja nie mogłam odciągnąć myśli, od góry... 
Czy dam radę?
Czy moja forma jest wystarczająca?
Czy góra będzie dla mnie łaskawa?
Czy wpuści nas na szczyt?
Wśród miliona pytań kłębiących się w głowie, z ust Radka pada to jedno najważniejsze:

- Mysza, pamiętasz jak się umawialiśmy? Jedziemy na wyprawę razem, ale jedno nie uzależnia swojego wejścia od drugiego. Każdy z nas przyjechał tu po szczyt, pamiętasz? 
- Tak, tak pamiętam - roześmiałam się. Nie będę Ci kulą u nogi, nie martw się. Nie będę zła, jeśli nie zejdziesz ze mną, kiedy odpuszczę. Obiecuję!..

To była nasza umowa - taki pakt. Tylko tak się złożyło, że nawet mi do głowy nie przyszło, jakie będą jego konsekwencje. Dla mnie odpowiedź była tylko jedna: jeśli zadecyduję o odwrocie, nie oczekuję tego od Radka.
Umówiliśmy się...

sobota, 1 czerwca 2024

Pakujemy się w góry wysokie

"Podróżować, doznawać wrażeń i uczyć się - znaczy żyć" te słowa Szerpy Tenzinga umieszczone na jednym z moich prezentów urodzinowych przyświecały przygotowaniom do wyprawy. 

Z samej lektury wstępu już wiecie jak wyglądały moje długofalowe przygotowania - teraz jednak przejdę do tych bezpośrednio przed wyjazdem. I to dziś właśnie pokażę Wam czego praktycznego nauczyłam się w związku z pakowaniem na taki wyjazd. 

Tu jeszcze jesteśmy w niepełnym składzie.

W Himalaje wybrałam się z agencją Adventure24,  której pracownicy po podpisaniu umowy w kolejnych e-mailach informowali mnie o niezbędnym ekwipunku i formalnościach (m.in. o konieczności wypełnienia formularzu wizowego on-line). No i przyszła pora na pakowanie. Linie, jakimi lecimy do Nepalu to Flydubai, w których limit bagażu wynosi: bagaż główny 20 kg i bagaż podręczny 7 kg. Biorąc pod uwagę, że cała podróż zajmie ponad 3 tygodnie, wcale nie jest to dużo. W dodatku na sam trekking i lot wewnętrzny do Lukli limity zmniejszają się do 15 kg bagażu głównego i 5 kg bagażu podręcznego. Drobny depozyt zostawimy więc w Kathmandu. 

Mój główny bagaż stanowi ta żółta wodoodporna torba wyprawowa. Kupiona wiele lat temu przez mojego męża w sklepie Decathlon, nadal jest dostępna https://www.decathlon.pl/. Torbę tą polecam z czystym sumieniem. Porządny wór z szelkami, świetnie zwiększający swój rozmiar z 80 do 120 litrów, ale także posiadający dodatkowe paski kompresyjne. Niewątpliwie największą zaletą używanej przeze mnie torby jest jej kolor - moja żółta torba zawsze była widoczna nie tylko na lotnisku, ale także w trakcie trekkingu na plecach porterów. Do tej torby nie potrzebowałam już żadnego zewnętrznego worka transportowego.

Bagaż podręczny to plecak 40 litrowy - na tej wyprawie sprawdził mi się plecak Mountain Warehouse Highland. Wybrałam go przede wszystkim z uwagi na boczne zasuwane kieszenie przeznaczone na termos i butelkę, które znajdują się po obu stronach plecaka. Lekki, wygodny z odpowiednią ilością kieszeni i dołączonym pokrowcem przeciwdeszczowym ukrytym w dedykowanej kieszonce. Taki litraż plecaka jest wystarczający - myślę, że można nawet skorzystać z plecaka 30 litrowego, ponieważ trekking odbywa się na lekko. 

Konieczna uwaga: do Nepalu lecę w butach górskich, a w bagażu podręcznym spakowane mam wszystko, co podczas pierwszych dni trekkingu będzie mi potrzebne: polar, zapasowy t-shirt, puchówka, kurtka membranowa, spodnie przeciwdeszczowe, czapka, rękawiczki, buff - na wypadek gdyby mój bagaż główny zaginął muszę być gotowa do akcji górskiej.

Moje pakowanie to oczywiście rolki. Roluję ubrania tematycznie, to znaczy nie zbieram w zestawy na dany dzień, ale każdą rzecz roluję osobno. Na takim trekkingu nie zmieniasz przecież spodni codziennie. A propos spodni: ja miałam 4 pary (w tym: jedne na polarze i jedne przeciwdeszczowe). Oszczędność miejsca w torbie  zapewnia mi rolowanie ubrań, które praktykuję już od kilku lat (polecam filmy na ten temat na YT), poza tym zawsze wykorzystuję kaptury i kieszenie w kurtkach, do tego, aby zmieścić w nich całą kurtkę. Zaraziłam tym pół ekipy, bo metoda jest naprawdę świetna. 

Kolejne moje odkrycie dotyczące pakowania to worki kompresyjne na ubrania. Ja korzystałam z tych marki Elbrus w wersji Light - są cieniutkie i doskonale pozbywają się powietrza, a jednocześnie mamy szansę w dość uporządkowany sposób zorganizować sobie odzież na trekking. Ja miałam osobny worek na spodnie, osobny na bieliznę, kolejny na pierwszą warstwę i osobny worek na bluzy.  Poza tym na dodatkowe buty (adidasy i sandały) używam specjalnego etui na suwak - zakupionego kiedyś w Action. A tak przy okazji, to na inne wyjazdy do butów trekkingowych używam worków depozytowych, które zdobyłam na biegach - są większe i z grubszej folii, w dodatku ściągane sznurkiem.

Na zakończenie wrzucę Wam kilka artykułów spożywczych, które miałam ze sobą na trekkingu:

  • orzechy
  • cukierki dropsy (także o smaku kawy - choć kawa na tej wysokości jakoś mi specjalnie nie była potrzebna)
  • imbir suszony (świetnie pomaga w nudnościach)
  • ananasy lub inne suszone owoce
  • batony - koniecznie różne rodzaje, bo nawet ten ulubiony po 3 dniach się znudzi
  • dla zmiany smaku: kwaśne żelki
  • chałwa - ta nie zamarza
  • czekotubki
no i oczywiście KABANOSY.

Do napoi na trekking (czyli wody z elektrolitami) używałam bukłaka. Do gorących napoi warto wziąć termos o pojemności 1 litra, bo nawet jeśli weźmiesz trochę mniejszy, to i tak w lodge płacisz jak za litrowy.

Koniecznie też należy wziąć butelkę, która nadaje się do wrzątku - w ten oto sposób na noc masz naturalny termofor. A i tak elektronika i ubrania na kolejny dzień będą z tobą w śpiworze - inaczej ich nie włożysz, będą tak zimne.

Korzystając z porad mojej wyprawowej koleżanki Ilonki następnym razem do bagażu dorzucę jeszcze srebrną taśmę naprawczą - nawet nie wiecie do czego może się przydać - do sklejenia butów, czy choćby kurtki puchowej :) No i filtr do wody LifeStraw - nakręcany na butelkę stał się sprawdzonym sposobem na bezpłatną wodę - nie powodował żadnych dolegliwości żołądkowych. 

Jeśli już piszemy o dolegliwościach, muszę tu wspomnieć o wyposażeniu mojej apteczki (a miałam trzy!!!) - w mojej zabrakło Duramidu, który na szczęście nie był potrzebny.

  • APTECZKA DUŻA: maseczka, rękawiczki, bandaż elastyczny 2, rolka plastra,  help4skin,  isostar lemon/orange, elektrolity, magnez, wapno, mugga, thermi żel, perskindol, oktanisept, wazelina
  • APTECZKA MAŁA: Gaziki, plastry zwykłe i compeed, ogrzewacze na ręce 4 szt., nogi 3 pary, cosmopor, folia NRC i gaziki spirytusowe
  • APTECZKA LEKARSTWA: tabcin, Aspirin 5, Duramid, Vit B, heviran, nifuroksazyd, neofuragina, ibuprom, rupaler, opokan, silaurun, smecta, sól fizjologiczna (bardzo się przydała), tantum verde, cervit, syrop na kaszel, krople do oczu zuma, dicoflor, sudocrem, sonol, maxicortan, maść entil na ukąszenia 

Jak zwykle, piszę takie drobiazgi i każę Wam znowu czekać na relację z wyprawy, ale sama właśnie takich porad szukałam przed wyjazdem. 

Niniejszym uroczyście deklaruję, że kolejny post będzie już stricte o górach.

czwartek, 2 czerwca 2022

Citybreak w Toskanii

Jako kierunek naszego pierwszego popandemicznego citybreak'u wybraliśmy Włochy. Taki około weekendowy wypad pozwala oderwać się od codzienności. Zatem tym razem będzie: szybko, krótko, pachnąco i na pewno krzywo.... bo lecimy do Pizy. 

Tym razem jedzie z nami nasz nastoletni syn Oskar. 
Bilety kupuję jak zwykle bezpośrednio na stronie Ryanair, korzystając z aplikacji mobilnej. Lot w obie strony dla trzech osób - zakupiony niespełna sześć tygodni wcześniej - w najtańszej taryfie VALUE, bez dokonywania wyboru miejsca i tylko z jednym bezpłatnym bagażem (o wymiarach 40x25x20 cm) kosztuje nas 795,00 zł. Kilka dni później rezerwuję kwaterę, parking, zamawiam mapę i zaczynam pisać plan podróży. Przez pandemię odzwyczaiłam się od tych moich lotniczych samoróbek - przez ostatnie dwa lata wakacje spędzaliśmy tylko z pomocą biura podróży, unikając w ten sposób strat związanych z odwoływaniem lotów, noclegów z powodu lockdownu, kwarantanny, etc. 

No to czas start....

Termin: czwartek 19 maja 2022 r - niedziela 22 maja 2022 r

Lot: Warszawa Modlin-Pisa-Warszawa Modlin

Lot zaplanowany jest na późne godziny wieczorne, więc jeszcze w czwartek normalnie idziemy do pracy i szkoły. Z domu wychodzimy tuż przed 19:00, kierując się na zarezerwowany wcześniej internetowo parking Avanti (Modlin ul. gen. Ignacego Ledóchowskiego 153). Pierwsza wyjazdowa przygoda przydarzyła się jeszcze przed rozpoczęciem podróży. Niskokosztowy turysta odprawia się dopiero na 24 godziny przed - zatem odprawa została otwarta w środę o 21:35. Zajęta pakowaniem, niespecjalnie spieszyłam się do komputera. Po 23:00 wreszcie postanowiłam dokonać odprawy on -line, a tu ZONK! Otóż okazało się, że za nic nie mogę odprawić syna. Wpisuję datę urodzenia Oskara, a tu błąd. Data urodzenia świeci się na czerwono i nie ma możliwości ukończenia odprawy. W końcu dopatrzyłam się, że rezerwując bilety wpisałam 3 osoby dorosłe, podczas kiedy syn szesnaste urodziny będzie miał dopiero w czerwcu (cena biletu dla nastolatka jest taka sama jak dla dorosłego). Zasugerowałam się informacją w aplikacji zakupowej Ryanair, która moim zdaniem może być myląca.

Oto co miałam do wyboru - sami widzicie, że młodzież jest do 15 lat. Kiedy zorientowałam się na czym polegał mój błąd właściwie nie mogłam zrobić już nic. Wpisanie innego roku urodzenia, też nie było możliwe, bo po wpisaniu numerów dowodu osobistego nie zgadzały się cyfry kontrolne. Miałam więc nie lada problem. Zbliża się 23:00 i wszystkie infolinie pozamykane. Zmiana typu pasażera i jego danych możliwa jest jedynie w ciągu 48 godzin po dokonaniu rezerwacji. Dokupienie nowego pojedynczego biletu dla 15 latka nie wchodziło w grę - linie Ryanair nie pozwalają na samodzielną podróż dziecka poniżej 16 roku życia i nie ma technicznej możliwości dokonania takiej rezerwacji. Jedyne co mogłam o tej porze to nawiązać połączenie z całodobową pomocą ChatBot Ryanair, który w porach nocnych obsługiwany jest przez automat. Właściwie każda moja wiadomość kończyła się przysyłaniem przez ChatBota informacji, że muszę połączyć się z biurem obsługi klienta. Przy okazji wrzucę Wam nr telefonu i godziny pracy:
INFOLINIA GŁOSOWA RYANAIR 
+48 221522000 +48 221522001
Pon.- pt. 09:00–19:00 CET
Sob.-niedz. 10:00–18:00 CET

Chyba nie muszę Wam mówić, że całą noc nie spałam i dumałam, jak tu rozwiązać ten problem. Na szczęście znalazłam jeszcze jedną metodę kontaktu. Otóż okazało się, że od 7:00 rano chat obsługiwany jest już przez pracowników, a nie automat, więc wczesnym rankiem było już po kłopocie. Nie trzeba było nic dopłacać, nic rezerwować, łączyć rezerwacji. Po prostu konsultantka przekazała lotnisku w Modlinie informacje o zmianie typu pasażera i zaprosiła nas na darmową odprawę syna bezpośrednio na lotnisku.
O całym tym zamieszaniu Oskar dowiedział się dopiero w drodze na lotnisko - nie chciałam Go denerwować. I tak nie wybaczyłabym sobie, gdyby z tak błahego powodu musiał pozostać w domu - nie było takiej opcji. Tym bardziej, że ta wyprawa była właśnie na Jego życzenie. Tak oto, odrobiłam kolejną lekcję z "TANIEGO LATANIA".
Na lotnisku w kasie biletowej Ryanair otrzymujemy kartę pokładową dla Oskara. Sprawne przejście przez kontrolę bezpieczeństwa, jakieś zakupy w strefie bezcłowej i nawet się nie obejrzeliśmy kiedy rozpoczął się boarding. 
Rozkład lotu był następujący: lot FR9946 do Pisa - wylot 21:35, przylot 23:45.
Lecimy samolotem w barwach MALTA AIR. 
Naturalnie mimo losowo przydzielonych miejsc udaje nam się usiąść razem. Traf chciał, że dwa miejsca koło Radka były zupełnie wolne. Na lotnisku Pisa San Giusto lądujemy zgodnie z planem o 23:45. Zanim opuścimy samolot i lotnisko będzie już po północy. Niestety tylko do godziny 0:00 kursuje kolejka transferowa PISAMOVER. Stacja na lotnisku znajduje się bardzo blisko terminala odprawy (około 40 metrów) i bardzo łatwo ją znaleźć, podążając za zielonymi strzałkami. Bilety w cenie 5 EUR można kupić w automacie. Na trasie do dworca kolejowego Piza Centrale jest tylko jeden przystanek Stazione San Giusto/Aurelia, a przejazd całą trasą trwa zaledwie 5 minut. Wychodzi na to, że dojście pieszo z lotniska do hotelu na Piazza Cairoli to odległość 2,3 km, a jeśli skorzystalibyśmy z kolejki to zaoszczędzamy jedynie 1 km spaceru. Na szczęście nie było się nad czym zastanawiać, bo kolejka Pisamover już nie jeździła. Można było oczywiście zamówić taksówkę, ale to już zupełnie nie w naszym stylu.
Spacer do hotelu zajmuje nam niespełna pół godziny - noc jest ciepła, a dookoła pachnie jaśminem. Nie wiem jak to się dzieje i co Pizańczycy robią, ale cała Piza pachnie nieziemsko - nawet ulice, skwery, place, dziedzińce, zupełnie pozbawione zieleni intensywnie pachną. Dość charakterystyczny to zapach, raczej kwiatowy, a nie korzenny. Trasa piesza z lotniska jest prosta i wielu turystów właśnie taką wybiera - nawiguje nas aplikacja Mapy od Google.
Droga prowadzi najpierw przez parking i wiadukt pod trasą szybkiego ruchu, a następnie ulicami Via dell'Aeroporto, Via Cavalcavia S. Giusto 
do wiaduktu nad torami nieopodal dworca kolejowego.
Stąd dzieli nas już tylko kilometr, wystarczy zejść po schodach 
i iść prosto w stronę rzeki Arno. Najbliższym mostem Ponte della Fortezza przechodzimy na drugą stronę rzeki.
Tym razem nocleg rezerwowałam na znanym portalu na literkę B. B&B - Residenza d'epoca Piazza Cairoli (Piazza Cairoli 12, Piza) wyróżnia się niesamowitą lokalizacją. Mam tutaj na myśli nie tylko odległość z Placu Cairoli do lotniska, czy dworca kolejowego - ale przede wszystkim do głównych pizańskich atrakcji. 
Koszt trzech noclegów ze śniadaniami 1.353,14 zł. Nie było problemu z późną godziną zameldowania (ok.1:00), kiedy doszliśmy do hostelu wykonałam telefon do gospodarza, który już na nas czekał w obiekcie. Po opiniach wiedzieliśmy, że czeka nas wspinaczka na trzecie piętro - szybko otrzymaliśmy klucze do pokoju i wszystkie niezbędne instrukcje. Dodam, że dla nas była to późna pora, podczas kiedy Włosi każdej nocy bawili się w najlepsze i długie godziny nocne spędzali na pogawędkach w restauracjach usytuowanych na pobliskim Placu Cairoli. Właściwie ciszej było tam o godzinie 16:00 niż o 2:00 w nocy. W końcu temu służy włoska siesta, która polega na tym, że codziennie w godzinach 13:00-17:00 trzeba odpocząć i zebrać siły na nocne życie.
Pokój jest bardzo przestronny, a ściany celowo odsłaniają uroki średniowiecznych murów kamienicy. Muszę przyznać, że jest to bardzo ciekawie zaaranżowane i zdecydowanie lepiej wygląda na żywo niż na fotografiach.  
W pokoju jest pojemna szafa, mini lodówka, a latem można skorzystać z przenośnego klimatyzatora. W całym hostelu sprawnie działa sieć wifi. 
Na ścianie zamocowany jest telewizor z dostępem do platformy Netflix. Przy łóżku znajdują się nocne szafki. Dodatkowo pokój wyposażony jest jeszcze w rozkładane pojedyncze łóżko (syn stwierdził, że bardzo wygodne) i biurko. Do pokoju dodatkowo codziennie dostarczana jest 1,5 litrowa butelka niegazowanej wody.
 Prywatna łazienka znajduje się poza pokojem. Jest zamykana na klucz i jest tylko do naszej dyspozycji - kabina prysznicowa, umywalka z lustrem, a nawet bidet.
W łazience dostępna jest suszarka do włosów i tradycyjne kosmetyki.
Na każdego gościa przypada komplet trzech śnieżnobiałych pachnących ręczników. Właśnie... pachnących... zapach, który unosi się w hotelu jest nieziemski. Gospodarz dba o wszelkiego rodzaju pachnidła i w hostelu jest na prawdę bardzo czysto i pachnąco, zresztą jak w całym mieście.
W cenie noclegu zawarte jest śniadanie na słodko, bo takie śniadanie jedzą Włosi. Kiedy pierwszy raz byliśmy we Włoszech, mój mąż nawet nie wstawał na śniadanie, twierdząc, że nie ma po co. Nie ma jajecznicy, bekonu, kiełbasek.... to i po co wstawać.
Śniadanie serwowane jest we wspólnej jadalni, także z telewizorem.
W jadalni do dyspozycji gości jest ekspres do kawy, czajnik i lodówka, choć mini lodówki są także w pokojach. 
Woda, kawa w kapsułkach, herbata, soki, mleko, jogurty, serki topione, masło, dżemy, nutella, suchary, rogaliki, ciasteczka - wszystko pakowane. 
Taki asortyment śniadaniowy dostępny jest dla gości przez cały dzień i taka formuła jak najbardziej mi odpowiada.
Widok z okna jadalni na znajdującą się na tyłach placu Cairoli wieżę kościoła San Pietro in Vincoli pochodzącego z 1118 roku (pierwsze wzmianki nawet z 763 roku).
Poza jadalnią do wspólnego użytku jest także kuchnia  z podstawowym wyposażeniem. 
Hostel jest mały - w jednej części klatki schodowej ma dwa pokoje: trzyosobowy i dwuosobowy - każdy z prywatną łazienką na zewnątrz pokoju i po drugiej stronie klatki schodowej trzeci - także dwuosobowy.
I co okno, to lepszy widok. W dali leniwie wije się rzeka Arno, a tuż pod stopami cały plac w knajpkach, który za dnia wygląda tak:
Piazza Cairoli powstał w połowie XVI wieku, a prace nad jego budową prowadził Giovan Battista Cervelliera, już zaangażowany w prace nad katedrą w Pizie. Niegdyś plac Cairoli był miejscem sprzedaży owoców, warzyw, wina, ryb, przypraw i serów. Druga funkcja, jaką przyjął plac, zwany także Piazza della Berlina związana była ze znajdującym się tutaj publicznym pręgierzem do karania drobnych przestępstw. 
Na środku placu znajduje się kolumna z posągiem Obfitości autorstwa Pierino da Vinci. Stare średniowieczne magazyny zamienione zostały na prywatne mieszkania i sklepy. Jedno z pięter takiego magazynu zajmuje właśnie B&B - Residenza d'epoca Piazza Cairoli. Stąd właśnie nazwa hostelu, której dosłowne tłumaczenie brzmi "Historyczna rezydencja Piaza Cairoli" - hostelu, który mogę polecić z czystym sumieniem. 
I taką właśnie historyczną wzmianką zakończę pierwszą część naszej opowieści z Pizy, zachęcając Was do lektury kolejnych relacji.

Printfriendly